Zbrodnie przyszłości – recenzja filmu. Creepypunk

Znając choćby troszkę twórczość Davida Cronenberga, można stwierdzić, że bez wątpienia jest on reżyserem, na którego film „się idzie”. Pojęcie to przytoczyłem już przy okazji recenzji Infinite Storm, tłumacząc to stylem głównej osoby odpowiedzialnej za film. Bez znaczenia, czy mamy do czynienia z neurotyczno-romantycznym podejściem Woody’ego Allena, czy z patokinem Patryka Vegi, wiemy, czego możemy się spodziewać po produkcji wychodzącej spod ręki danego reżysera. Podobnie jest z Davidem Cronenbergiem, jednym z twórców, który zdefiniował pojęcie body horroru. Oglądając zwiastun filmu Zbrodnie przyszłości można odnieść wrażenie, że w końcu wraca do korzeni zapuszczonych kilka dekad temu.

Wideodrom, Mucha, Nagi lunch. Kto widział te filmy, ten wie, o czym mowa. To chyba najbardziej znane body horrory Cronenberga z okolic lat ’80 i wczesnych ’90. Produkcje balansujące na granicy kiczu, obrzydliwości, niezręczności i nieprzyjemności. Z praktycznymi efektami specjalnymi, protetycznymi, wykrzywionymi i nieludzkimi rekwizytami, poruszające się często w równie wykrzywionym i nieludzko nieprzyjemnym świecie. Zestawienie, do którego niewątpliwie zaliczą się też Zbrodnie przyszłości. Do filmów tego typu najbardziej pasuje zaadaptowane już do polskiego języka słowo creepy.

Zobacz również: Najlepsze horrory w historii

Sam prowadzę swego rodzaju nikomu niepotrzebną krucjatę przeciwko równie nikomu niepotrzebnym anglicyzmom używanym w codziennej mowie. A będąc osobą, która wzbrania się przed każdym requestowaniem, za to z miłą chęcią składa wnioski, muszę z bólem stwierdzić, że słowo creepy nie ma równie dobrego odpowiednika w naszej pięknej, rodzimej mowie. Zajrzyjmy do internetowych tłumaczy. Dziwny – brzmi po prostu dziwnie. Odrażający albo wstrętny? Od razu przywodzi na myśl coś, co lepiej omijać szerokim łukiem. Przyprawiający o gęsią skórkę? Za długie i głupie, gęsi mogłyby poczuć się urażone. A coś, co jest creepy ma w sobie tę dziwną, odrażającą, wstrętną i przyprawiającą o gęsią skórkę cechę. Ale przede wszystkim – wzbudza pewną ukrytą, niepokojącą chęć poznania i proszenia o więcej.

Zbrodnie przyszłości. Kadr z filmu
Zbrodnie przyszłości. Kadr z filmu

To właśnie prezentuje nam Cronenberg w Zbrodniach przyszłości – wynaturzony, wyzbyty ze znanych nam zachowań świat. Świat, w którym ludzie z wręcz zmaksymalizowaną tolerancją na ból próbują znaleźć stymulujący bodziec adrenaliny i czegoś uważanego za niemoralne, poddając się świadomemu okaleczaniu, tworząc z tego sztukę dla mas. Mas, które swoje własne, niewrażliwe na ból ciała stymulują oglądaniem takich występów. Przypomina Wam to coś? Odpowiedzcie sobie sami.

Zobacz również: Elvis – Recenzja filmu. Audiowizualna uczta, którą koniecznie trzeba zobaczyć w kinie

Ciała ludzi w tym świecie wyewoluowały, choć może bardziej zmutowały, tworząc nienaturalne tkanki. Sam aspekt słowa „ewolucja” jest w tym filmie wręcz z ocenzurowaniem wypowiadany przez jedną z bohaterek, niczym przekleństwo przy rodzicach. Nowe organy przeważnie działają inwazyjnie, wyniszczając organizm żywiciela jak nowotwór. Co zrobić z takim fantem? Jedni zaakceptują, inni będą z tym walczyć, jeszcze inni zaczną robić z tego hajs, biznes i życiową filozofię.

Zbrodnie przyszłości
Zbrodnie przyszłości. Kadr z filmu

Świat przedstawiony w Zbrodniach przyszłości to cronenbergowska wizja Cyberpunka. Tam – mechaniczne wszczepy, ingerencja we własne ciało celem zwiększenia swoich możliwości. Tutaj – biologiczne zmutowane tkanki, czasem celowo hodowane dla – tu kolejny anglicyzm zadomowiony już w naszym języku – performance’u. Słowo to przejawia się dość często przez cały film i jest swego rodzaju motorem napędowym całej społeczności tamtych czasów. Ważne jest, jeśli ten cały proces przekazany jest w sposób, gdzie włożono spore napracowanko. A serio, sceny performance’ów są wizualnie i muzycznie przedstawione w sposób wręcz wybitny.

Choć na pierwszy plan wybija się tu właśnie cała tematyka ludzkich mutacji, warto spojrzeć szerzej i zwrócić uwagę na konstrukcję świata. Mamy z jednej strony bardzo rozwiniętą medycynę, gdzie przeprowadza się zdalne operacje na nieznieczulonych pacjentach za pomocą jakiegoś pada-żaby. Z drugiej strony, film wygląda jak wizja przyszłości nakręcona w latach ‘80, czyli okresie świetności stylu Cronenberga.

Zobacz również: Thor: Miłość i Grom – Recenzja filmu. Do czterech razy sztuka

Przypomnijcie sobie starsze filmy science-fiction. Ludzie rozmawiają hologramami, teleportują się, budują niesamowite maszyny, a wszystkim sterują w 8-bitach na monitorach z gigantycznym kineskopem. Można skonstruować niewidzialny, latający samochód, ale żeby zadzwonić do kogoś, trzeba użyć telefonu wielkości bochenka chleba z metrową żerdzią jako anteną. W Zbrodniach przyszłości mamy podobną sytuację. Można poczuć, że świat tam przedstawiony to ten sam świat, co w cronenbergowskich filmach z lat ’80. Że ta kaseta z Wideodromu została nakręcona w tym samym czasie, co chore operacje na żywca, które z widowni oglądał doktor Brundle z Muchy, a przed wyjściem z mieszkania słuchał wiadomości o przypadkach ludzkiej wścieklizny pokazanej we Wściekłości.

Zbrodnie
Zbrodnie przyszłości. Kadr z filmu

Będąc już przy tych irytujących owadach… muchy robią w Zbrodniach przyszłości niesamowitą robotę. Ich wyeksponowane bzyczenie, czasem wręcz zagłuszanie dialogów aktorów pokazują, z jak zepsutym światem mamy do czynienia. Samo miejsce akcji – po szyldach wywnioskowałem, że to Grecja – nie przypomina tej słonecznej Grecji, którą znamy z wszystkich komedii romantycznych, czy nawet pierwszych filmów Jorgosa Lanthimosa. Ta jest pusta, surowa, zimna i wyobcowana.

Zobacz również: Czarny telefon – Recenzja filmu. Tym razem to nie fotowoltaika

W ciekawy też sposób zostaliśmy postawieni w kinowym repertuarze przed dwiema wizjami przyszłości z nawiązaniem do twórczości omawianego tu reżysera. W jednej, pozytywnej, zyskujemy Wschodnie obietnice – to w Yangu Kogonady. Tam przyszłość, choć dziwna, daje nadzieję, że warto walczyć o świat, jaki koreański reżyser nam serwuje. Autonomiczne samochody z żyjącymi w nich roślinkami – kto by nie chciał czegoś takiego. Drugą wersję przedstawia nam Cronenberg tytułami swoich poprzednich filmów. Dreszcze, Wściekłość, Pomiot, Niebezpieczne pożądanie. Rżnięcie ludzi dla przyjemności na ulicach brzmi zawsze źle, niezależnie jakie narzędzie jest używane i jakie bodźce się stymuluje.

Kristen paczy
Zbrodnie przyszłości. Kadr z filmu

O aktorach Zbrodni przyszłości wspomniałem tylko raz. Bo to nawet nie oni grają tu pierwsze skrzypce, tylko sam creepy świat. Co ciekawe, w tej recenzji słowo creepy pojawia się więcej razy niż w samym filmie. Tam – tylko raz, w stosunku do bohaterki granej przez Kristen Stewart. Jej postać, niepokojąca jak jasny gwint, przywodzić może trochę na myśl wynaturzoną wersję Kristen w jej roli Belli w Zmierzchu. Wielu pewnie powie, że znowu gra drewnianie. Ja to widzę inaczej, że Kristen miała ciekawy pomysł na interpretację postaci. Sam Cronenberg nigdy jakoś nie przykładał wielkiej wagi do gry aktorskiej, pozwalając samym gwiazdom poczuć tę postać. Z Viggo Mortensenem już kilka razy pracował i wiedział, że ten swoją rolę zagra tak, jak powinien. Pogodzony z losem, opatulony niczym ninja i charczący bardziej niż Henry Cavill w Wiedźminie.

Zobacz również: The Gray Man – Recenzja filmu. Przestań szpanować Netflixie

Takiego Cronenberga nie było od czasów… Cronenberga… tyle, że Brandona, syna Davida, kiedy pokazał nam podobny świat, który poszedł w dziwną stronę w swoim Possessorze z 2020 roku. A Cronenberg senior długo kazał nam czekać na coś, z czego jest znany. Jego ostatnie filmy były po prostu solidnymi filmami z lekkim cronenbergowskim zacięciem. Ot, jeśli wyreżyserowałby je ktoś inny, zwrócilibyśmy uwagę na pewne nieszablonowe podejścia w niektórych scenach. Prawdę powiedziawszy, jeśli ktoś mnie spyta „co teraz leci fajnego w kinie?” (co często ma miejsce :D), za żadne skarby nie polecę Zbrodni przyszłości. Filmów Davida Cronenberga, zwłaszcza tych filmów, po prostu nie można polecić jako fajny seans.

Zbrodnie przyszłości
Zbrodnie przyszłości. Kadr z filmu

Na naszym popkulturowcowym krakowskim seansie chyba z pół sali wyszło zanim minęła godzina filmu. Jest to zjawisko, które nie zdarza się zbyt często. Możliwe, że zmylił ich tytuł sugerujący jakiś nieszablonowy kryminał. Ale czego ludzie się spodziewali po zwiastunie? Czego po wiadomościach, że ludzie wychodzili z seansu podczas festiwalu w Cannes? (Swoją drogą żal mi atencyjnych pseudofilmoznawców jadących na festiwal do Cannes, wychodzących w trakcie seansu i zabierającym nam, pasjonatom filmów w każdej postaci naszych miejsc, o które nic nie robiliśmy).

Zobacz również: Parada serc – Recenzja filmu. Zakochaj się w Krakowie, bo w filmie będzie ciężko

Czego PRZEDE WSZYSTKIM spodziewali się po Davidzie Cronenbergu, jednym z prekursorów obrzydliwych, odpychających body horrorów? Mam nadzieję, że wytłumaczenie było jedno. Wizja świata przedstawiona w Zbrodniach przyszłości tak ich przytłoczyła, że wrócili do domu i zaczęli szukać po wszelkich możliwych i legalnych źródłach filmów Cronenberga. A w ich głowie niepokojąco migała i narastała niczym inwazyjny organ lampka z napisem: „Boże! Niech on nie będzie żadnym jasnowidzem!”.

Plusy

  • Kolejna ciekawa, ale też niepokojąca wizja przyszłości
  • Cronenberg w końcu wraca do tego, z czego jest znany
  • Nigdy nie sądziłem, że tak docenię muchy

Ocena

6.5 / 10

Minusy

  • Totalnie rozumiem wychodzenie z sali przez ludzi liczących na przyjemny seans
  • Historia wydaje się niedopowiedziana i niezakończona
  • Gubi się w przyszłościowej wizji – sporo rzeczy musimy sobie sami wytłumaczyć na słowo honoru

Według innych redaktorów...

Krzysztof Wdowik
24 lipca 2022

Zobaczyłem nazwisko Cronenberg i momentalnie chciałem zobaczyć ten film. A potem siedziałem na sali kinowej i zastanawiałem się, czy nie lepszym wyborem byłby jednak Pamiętnik Taty Muminka… Mam bardzo ambiwalentny stosunek do tego filmu. Z jednej strony coś nowego, świeżego, czyli coś, co szczególnie w dzisiejszym kinie cenię ponad wszystko. Z drugiej strony niedopracowany scenariusz, sceny jak z The Room, tandeta… Dlatego idąc staromodnym modelem oceniania – szóstka, za każdą nagą pierś, która pojawiła się na ekranie.

6
Kamil Kołodziejczyk

Zasiedziany od lat w DOBRYCH Star Warsach twórca zbyt długich zdań i złożonych opowieści, a także fan filmów inspirujących do dyskusji i gier, do których nie są potrzebne żadne inne osoby. W kinie lubi przede wszystkim mądre narracje i ciekawą kompozycję, a poza kinem dobre, płynne produkty, bezsensowne ciekawostki i czasem ludzi.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze