Zaułek koszmarów – recenzja filmu. Renowacja zapomnianej uliczki

Żyjemy w kinowej dobie wiecznych remake’ów, kiedy zdarza się nawet, że kręci się nową wersję filmu sprzed paru lat. Widoczne i bardzo irytujące jest to w przypadku przenoszenia europejskiego hitu na rynek i realia amerykańskie. Dla przykładu o hollywoodzkiej wersji Na rauszu z Leonardo DiCaprio słyszeliśmy, zanim duński oryginał z Madsem Mikkelsenem trafił do kin. A warto czasem pogrzebać trochę głębiej, zajrzeć w te zakurzone półki ze starymi, klasycznymi ale nie tak znanymi produkcjami i odświeżyć je, nadać im nowe życie i nieco, byle nie nachalnie, dostosować je do obecnych czasów. Na półce oznaczonej rokiem 1947 Guillermo del Toro wypatrzył tytuł Nightmare Alley. Brzmi fajnie, scenariusz też ciekawy, to zgarniamy ekipę i kręcimy po swojemu. Czy Zaułek koszmarów w wykonaniu meksykańskiego reżysera nie jest po prostu zachęcającą przepychem i blaskiem główną miejską arterią, która w ostateczności okazuje się ślepą uliczką?

Po obczajeniu, jakim filmem zainteresował się del Toro i jaka obsada zgłosiła chęć wkroczenia w Zaułek koszmarów, porwałem się na obejrzenie oryginału. Tegoroczny 75-latek na najbardziej znanym polskim serwisie filmowym miał niecałe 250 ocen. U zalegalizowanych krytyków ocen siedem, z czego żadna nie była w momencie odpalenia filmu przeze mnie starsza niż dwa tygodnie. Chciałem się też poczuć poważnym i konkretnym krytykiem. Skąd wziąć tenże film? Wiadomo. Skąd wziąć napisy? Też wiadomo. Problem taki, że polskich napisów nie było nigdzie i trzeba było jechać z napisami angielskimi.

Zobacz również: Licorice Pizza – recenzja filmu. To były piękne dni

I po tym wszystkim naszły mnie dwie refleksje. Pierwsza: skoro takiego turbo klasyka nie można nigdzie obejrzeć, to piractwo nie jest niczym złym w kontekście popkulturowcowym. Bardziej piratem czułem się rok temu, kiedy pływałem kajakiem po jeziorze kajś w lubuskiem, merdając wiosłami i popijając starzony rum. W tym czasie kolega z drugiego kajaka, również popijając starzony rum, puszczał nutki z Piratów z Karaibów. Coś pięknego. A nawet jeśli ktoś z produkcji i obsady tego filmu chciałby mnie posądzić o prawne machlojki, to może być ciężko. Wątpię, że ktokolwiek pracujący przy tym oryginalnym Nightmare Alley (tytuł nawet nie jest przetłumaczony jako Zaułek koszmarów) jeszcze żyje. Druga: jednak tak bardzo nie naściemniałem w CV, albo po prostu angielski w tym filmie był bardzo przystępny.

Zaułek koszmarów W&B
Zaułek koszmarów. Kadr z filmu

Film Edmunda Gouldinga był naprawdę świetny i nieco zwiększył moje zainteresowanie i pozytywne nastawienie do nowego Zaułku koszmarów. Prawdę powiedziawszy, za del Toro nie przepadam, bo jest specyficznym i nieprzewidywalnym reżyserem z tendencją bardziej w dół. Genialny Labirynt Fauna totalnie gryzie mi się z irytującym Kształtem wody, a o Pacific Rim nasłuchałem się tyle złego, że ciężko byłoby mi włączyć ten film tak sam z siebie. O bogatą, utalentowaną i utytułowaną obsadę też można było się obawiać, że przeszarżują, chcąc się wybić bardziej na tle innych. I tu wchodzi cytat MJ z najnowszego Spidermana, który chyba zostanie moim mottem życiowym: „spodziewaj się rozczarowania, to na pewno się nie rozczarujesz”. Trochę nihilistyczne, trochę pesymistyczne, ale dające jakąś nadzieję i nieprzejmujące się podejście do życia. I kurczę, dało to radę.

Zobacz również: C’mon C’mon – Recenzja filmu. Świat oczami dziecka

Przybliżając nieco fabułę Zaułku koszmarów, Stanton Carlisle (Bradley Cooper) zostawia za sobą spaloną ziemię i rusza w świat. Szukając roboty trafia do miejsca, które od razu zachwyca jego, jak i ludzi żyjących w tamtych czasach. Mianowicie jest to obwoźny jarmark, cyrk, czy po prostu wesołe miasteczko. Przybytki takie zyskały wielką popularność w ostatnich dziesięcioleciach XIX wieku, co fajnie pokazuje nam interpretacja historii P.T. Barnuma w świetnym Królu Rozrywki z 2017 roku. Tyle, że zwykła gawiedź szuka w takich miejscach rozrywki, inności, zaskoczenia i oderwania od szarej codzienności. Stan jednak znajduje tam coś innego. Pomysł na życie, szansę wybicia, zaistnienia, stania się kimś ważnym, kimś, kogo ludzie podziwiają i kto ma nad nimi władzę.

Zaułek koszmarów - Siwy bajerant
Zaułek koszmarów. Kadr z filmu

Od razu zakręca się po cyrkowych celebrytach, biorąc od nich to, co najlepsze. Wróżbitka-oszukistka (Toni Collette) uczy go, jak sprytnie przepowiadać przyszłość, żeby spełnić pragnienia ludzi. Siwy bajerant (David Strathairn) sprzedaje mu prosty trik, jak omamić i zahipnotyzować publiczność (skądś to znamy). Wystawca osobliwości (Willem Dafoe), trzymający w klatce zdziczałego humanoida, a w słoikach zakonserwowane zwierzątka i spędzone płody, uczy go cyrkowej bezczelności i jak żerować na ludzkiej naiwności będąc bezlitosnym prywaciarzem. Cyrkowy nowicjusz nawiązuje również ciekawą relację z dziewczyną, która śmiało mogłaby dorabiać jako piorunochron (Rooney Mara). A skoro to film, to można się domyślać, z tej relacji będzie coś więcej. Do tego dochodzą umiejętności Carlisle’a, który wprowadza różnego rodzaju innowacje techniczne do pokazów oraz potrafi spontanicznie działać w sytuacjach kryzysowych.

Zobacz również: The House – recenzja filmu. Przerażający posiłek dla zmysłów w klimatycznej antologii

Całe doświadczenie zdobyte w cyrku pozwala mu wyrwać się z zabawiania motłochu i spróbować działania na własną rękę. Stan z przyjaciółką tworzy tajemnicze show i zachwyca wyższe sfery czytaniem w myślach oraz spełnianiem ich skrytych marzeń. Tu wchodzimy w chyba najciekawszy aspekt gatunkowy Zaułku koszmarów. Coś, co przeżywało rozkwit w latach ’40 i ’50 XX wieku: kino noir. Atmosfera ciemnego miasta, śnieg, długie płaszcze, kapelusze, przeciągnięte ujęcia, świetna jak zawsze Cate Blanchett w roli pewnej siebie femme fatale. Do tego Richard Jenkins jako starszy, wycofany bogacz z jedynym, nierealnym wręcz pragnieniem i mroczną tajemnicą. Słowem – kino noir, jak się patrzy! A nawet, jak się nie patrzy to też, bo muzyka w tym segmencie również przypomina dawne filmy z tego gatunku. Bardzo fajnym zabiegiem jest też zastosowanie stosowanych w produkcjach sprzed kilkudziesięciu lat przejść między scenami.

Zaułek koszmarów - Rooney&Bradley
Zaułek koszmarów. Kadr z filmu

Wracając raz jeszcze do Guillermo del Toro, obawiać się można było, że znowu wplecie tu jakieś baśniowe motywy. Zaułek koszmarów z baśniowej mitologii posiada chyba tylko aspekt moralizatorski. W zasadzie tego akurat można się było spodziewać, patrząc na fabularną ścieżkę kariery głównego bohatera. Film troszkę też jest zbyt sugestywny, zbyt łatwo można się domyślić, co się stanie i przepowiedzieć przyszłość (hmmm… przypadek?). Skoro ktoś w filmie przy każdej próbie częstowania alkoholem mówi, że „nie pije, w życiu!”, to wiemy, że coś na pewno pęknie (nie tylko mam tu na myśli flaszkę) i w końcu spełnią się słowa Braci Figo Fagot, że wóda zryje banię.

Zobacz również: Kingsman: Pierwsza Misja – recenzja filmu. Ra,ra…ratunku

Oryginał też bardziej wyznawał zasadę wyobrażania kosztem pokazywania. Dziwaka/świra (w oryginale geek) nie widzieliśmy przez bardzo długi czas, a tu hasa sobie (nie)wesoło od jednej strony ekranu do drugiej. Dużo rzeczy jest też tutaj pokazywanych wprost, co ma też mniejszy wpływ na zaskoczenie widza i immersywne uczestniczenie we własnym filmie noir. Na plusik można też zapisać inspirację strojami. Wspomniana Rooney Mara i Ron Perlman grający jarmarcznego Hardkorowego Koksa występują podczas swoich pokazów ubrani niemal identycznie jak ich filmowe pierwowzory sprzed 3/4 wieku.

Zaułek koszmarów - Bradley Cooper
Zaułek koszmarów. Kadr z filmu

Podsumowując, na nowy Zaułek koszmarów na pewno warto się wybrać. Guillermo del Toro nie przeszarżował w złą stronę. Choć kilka razy odpiął wrotki (czy tam patrząc na pogodę w tych scenach – łyżwy) i zdołał wpleść do swojej interpretacji klasycznego filmu brutalność i współczesność. Jednak takie zmiany warto popierać, kiedy nie są to robione pod publiczkę nikomu nie potrzebne korekty ideologiczne. Bo choć można narzekać na wplecenie przekleństw do klasyka, to trzeba przyznać, że niestety język przeważnie ewoluuje wraz z postępem kinematografii. I choć czasem zbyt nie pasuje do czasów, jakie są pokazywane na ekranie, to po prostu ułatwia ich zrozumienie. Główni wykonawcy również nie zawiedli i wykonali świetną robotę na miarę swojego niezaprzeczalnego talentu. A sam remake klasyku nieznanego zbytnio poza USA na pewno zapisuje się na plus, zamiast ciągłego odgrzewania tych samych, za każdym razem zamrażanych i rozmrażanych kotletów, na tym samym, starzejącym się oleju.

Plusy

  • Remake nieznanego klasyka zrobiony w naprawdę dobrym stylu – oby to szło właśnie tą drogą
  • Fajne wystylizowanie filmu na początek lat ’40. – ujęcia, przejścia, scenografia i klimat
  • Ciekawe pomieszanie gatunków i świetny segment z kinem noir

Ocena

7.5 / 10

Minusy

  • Zbyt dosłownie pokazuje niektóre wydarzenia, nie dając widzowi samemu ich zinterpretować
  • 2,5h filmu mogą się niektórym dłuuuuużyć
  • Tytuł sugeruje horror, więc niech nikt się nie nastawia na coś takiego. Ale to bardziej zarzut do oryginału
Kamil Kołodziejczyk

Zasiedziany od lat w DOBRYCH Star Warsach twórca zbyt długich zdań i złożonych opowieści, a także fan filmów inspirujących do dyskusji i gier, do których nie są potrzebne żadne inne osoby. W kinie lubi przede wszystkim mądre narracje i ciekawą kompozycję, a poza kinem dobre, płynne produkty, bezsensowne ciekawostki i czasem ludzi.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najpopularniejsze
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Romeo

Świetnie, świetnie – tylko, ze to nie jest remake filmu z 1947. To ponowna adaptacja dawnej powieści.