Mów mi Win – recenzja książki. Szczęścia nie kupisz

Nie każdy bohater nosi pelerynę, ale za to każdy ma jakąś charakterystyczną cechę. U jednych jest to nadludzka sprawność fizyczna, u drugich nadprzyrodzone moce, a u jeszcze innych – pieniądze. Tak jak u Batmana. Albo Windsora Horne’a Lockwooda III.

Mów mi Win jest odnogą cyklu o Myronie Bolitarze napisanego przez Harlana Cobena. Tym razem w roli głównej znalazł się jednak nie Myron, a jego najlepszy przyjaciel – Windsor Horne Lockwood III, czyli tytułowy Win. I bardzo chętnie przybliżyłabym wam jeszcze jakieś tło fabularne związane z oryginalną serią, ale niestety, nic z tego – przyznaję się bez bicia, nie miałam z nią żadnej styczności. Win jest drugą książką tego autora, jaką miałam w rękach, dlatego też pozwolę sobie ocenić go jako całkowicie samodzielne dzieło.

Zobacz również: Poławiacz – recenzja książki. Pstrągi, szczupaki i zwłoki

Fabuła Mów mi Win wygląda następująco: w mieszkaniu zabitego w niewyjaśnionych okolicznościach mężczyzny policja odnajduje niezwykle cenny obraz oraz teczkę, które przed laty zostały skradzione rodzinie tytułowego bohatera. Jakby tego było mało, okazuje się, iż zmarły to lider grupy odpowiedzialnej za atak terrorystyczny, który skutecznie ukrywał się przed FBI przez dziesiątki lat. Zbieg tych dwóch okoliczności od razu wzbudza zainteresowanie zarówno agentów federalnych, jak również samego Wina. W przeciwieństwie jednak do tych pierwszych, Win wie, iż rozgrzebywanie tego tematu może skończyć się źle dla jego rodziny. Dlatego też musi na własną rękę zająć się zagadką, zanim rządowi śledczy zdążą ją rozwiązać przed nim.

Pod względem treści książka jest generalnie na naprawdę wysokim poziomie. Zawiła historia szybko mnie wciągnęła, a zakończenie niemal do samego końca pozostawało zagadką. I chociaż najpewniej nie zapamiętam zbyt wiele z tej lektury (w końcu angażujący czy nie, to wciąż tylko mainstreamowy akcyjniak, nie ma w nim głębszych morałów do przyswojenia), Mów mi Win dostarczyło sporo satysfakcji podczas czytania i genialnie sprawdziło się jako rozrywka po uczelni. Jednak czy to znaczy, że nie ma w nim żadnych mankamentów? Oczywiście, że nie. Są to zwykle raczej drobiazgi, ale wciąż jakieś są.

Zobacz również: Inwazja Jaszczurów – recenzja książki

Przede wszystkim, w moim odczuciu trochę za dużo problemów jest tutaj załatwianych pieniędzmi. Jasne, kasa daje gigantyczne możliwości, to nie ulega wątpliwości. Aczkolwiek korzystanie z niej zbyt często to niezbyt interesujący do obserwowania proceder. Na dłuższą metę wydaje się zwyczajnie mało kreatywne, dlatego nie należy z tym przesadzać. Win zaś balansuje w pobliżu mojej granicy takiego znudzenia. Wciąż kawałek od niej, ale jednak.

Druga sprawa – i jednocześnie lekki spoiler, więc jeśli sobie ich nie życzycie, pomińcie ten akapit – to Szóstka z Jane Street. A konkretnie to, że kiedy przyszło co do czego, to się nagle okazało, iż nikt z nich poza Ry’em niczego złego nie zrobił. Jakoś mi takie rozwiązanie nie do końca siadło. Zdecydowanie bardziej kupiłabym wersję, w której wysypałyby się ze dwie, maksymalnie trzy osoby, a nie aż piątka z sześciu możliwych. Aczkolwiek to już taka osobista preferencja. Ktoś inny może w ogóle nie zwrócić na to uwagi.

Zobacz również: Widma nad Innsmouth – recenzja książki. Plugawe wnuczęta Lovecrafta

Kilka takich drobiazgów pewnie by się jeszcze znalazło, ale chyba nie ma sensu się nad nimi rozwodzić – tak czy siak mają one bardzo minimalny wpływ na odbiór. Ot, takie sobie mini zgrzytki, o których zapominasz dwie strony później. Znacznie ważniejszą kwestią są za to postacie, do których pozwolę sobie teraz przejść.

Najbardziej istotny jest oczywiście bohater tytułowy – Windsor Horne Lockwood III. Win to obrzydliwie wręcz bogaty facet pochodzący ze wcale nie mniej dzianej rodziny. Jest on dość ekscentrycznym jegomościem, co nietrudno zauważyć. Z uprzejmością jest mu zwykle nie po drodze, podobnie zresztą jak z pokojowymi rozwiązaniami – Win naprawdę uwielbia przemoc i się z tym nie kryje. Nie można mu jednak odmówić charyzmy ani tym bardziej skuteczności działania. WHL3 to postać z krwi i kości, którą można albo kochać, albo nienawidzić. Osobiście skłaniam się raczej do tego pierwszego z prostej przyczyny – bardzo podoba mi się to, że się go nie wybiela. Jeśli robi coś złego, chociażby dopuszcza się przemocy lub szantażu czy też kryje kogoś ze względu na dobre imię rodziny, to nie tłumaczy się go żadnymi szlachetnymi intencjami i innymi bzdetami. Naprawdę szanuję takie podejście, dlatego Win ma ode mnie spory plus.

Zobacz również: Pokolenie Przyjaciół – recenzja książki. Paaanie, idź pan…

Inną ważną dla książki postacią jest kuzynka Wina, Patricia. Przez większość powieści przedstawia nam się ją jako silną, przedsiębiorczą kobietę, która wiele w życiu przeszła, ale zamiast się załamać, postanowiła wykorzystać swoje doświadczenia do pomocy innym. Córka wykluczonego z rodu Lockwoodów Aldricha jest całkiem lubialną bohaterką, którą przyjemnie się śledzi – o ile już w końcu robi coś użytecznego, bo niestety niewiele jest takich momentów. Patricia często stanowi chodzącą okazję do ekspozycji dla Wina. WHL3 spotyka się z nią, konfrontuje postępy, raz na ruski rok uzyska jakąś przydatną wskazówkę i tyle – potem Patricia z powrotem znika na jakiś czas, by później powtórzyć proceder. Mimo wszystko jednak nie przeszkadzało mi to szczególnie podczas czytania, a w końcówce wyjaśniło się, dlaczego przybrała taką postawę. W związku z tym więc ją rozgrzeszam – bierność uzasadniona.

Troszeczkę mniej usprawiedliwione w moim odczuciu jest za to prowadzenie postaci takich jak Ema czy Jessica. Te dwie panie mają na chwilę obecną minimalną, prawie żadną rolę. Pojawiają się na trochę, żeby zaznaczyć istnienie ich relacji z Winem, ale najczęściej niewiele wnoszą do intrygi, a kiedy już to robią, to równie dobrze można by je zastąpić którymś z wcześniej przedstawionych bohaterów. Mów mi Win to dopiero pierwsza część serii, dlatego jestem prawie pewna, iż obie panie umieszczono tutaj tylko w ramach zapoznania, zaś większe role dostaną później. Niemniej jednak skoro już są, to dobrze byłoby dać im coś konkretnego do roboty – nie licząc kręcenia się wokół Wina oczywiście.

Zobacz również: Cud, Miód, Malina – recenzja książki. Współczesne czarownice wyprawiają niezłe hece

Ostatnim bohaterem, o którym chciałabym wspomnieć, jest Myron Bolitare. A raczej – brak Myrona Bolitare’a. Mężczyzna osobiście nie pojawia się w książce ani razu, aczkolwiek jest dość często wspominany. Mimo tych wspominek jednak ani razu nie wyjaśniono mi, kim on tak dokładniej jest. Jasne, większość czytelników pewnie i tak będzie go już znała, ale hej, przecież zawsze może trafić się taki mosiek jak ja, który zacznie zwiedzać uniwersum od końca. Jedno czy dwa zdania wyjaśnienia by nie zaszkodziły. W końcu skoro Mów mi Win ma rozpoczynać nową, autonomiczną serię, to powinno radzić sobie także bez kontekstu w postaci pozostałych cykli. I w większości w sumie sobie radzi. Tylko na tym nieszczęsnym Myronie się trochę potknęło.

O czym jeszcze warto powiedzieć, omawiając Wina? Moim zdaniem – o poczuciu humoru. Cięte, sarkastyczne odzywki głównego bohatera bardzo celnie wstrzeliły się w moje upodobania. Zawsze lubiłam zaczepnych złośników, którzy mimo wszystko w swoich ripostach potrafią zmieścić się w granicach dobrego smaku. Win zaś całkiem nieźle się w ten opis wpasowuje, dzięki czemu naprawdę dobrze się bawiłam, wyobrażając sobie jego zaczepki. Taki humor w książkach szanuję.

Zobacz również: Lore – recenzja książki. Jak spi*rdolić świetny pomysł idiotyczną fabułą

A skoro już zaczęliśmy schodzić z tematów fabularnych, to pomówmy też o samym stylu, jakim napisano tę powieść. Harlan Coben ma bardzo przystępny sposób pisania, co było dobrze widać w obu książkach jego autorstwa, po jakie dotychczas sięgnęłam. I Niewinnego, i Wina czytało mi się bardzo płynnie, a kiedy już się zaczynało, trudno było się oderwać. W tym drugim jednak zauważyłam sporą tendencję do robienia tzw. cliffhangerów na końcu większości rozdziałów. Taka forma całkiem skutecznie zachęca do dalszego czytania, ale tylko wtedy, kiedy się z nią nie przesadza. W tej książce było jej trochę przydużo, a na kolejny z rzędu ucięty dialog mogłam zareagować co najwyżej przewróceniem oczami, nie entuzjazmem.

Co zaś się tyczy stricte polskiego wydania – tłumaczenie jest dobre, większych błędów nie zauważyłam. Okładka mojej wersji książki (którą będziecie mogli zobaczyć poniżej) również jest naprawdę estetyczna. Jedyne, co bym w niej zmieniła, to napis sugerujący gatunek powieści, ponieważ dla mnie Mów mi Win to zdecydowanie nie jest thriller. Kryminał? Jak najbardziej. Sensacja? Jasne, można tak powiedzieć. Ale żeby thriller? No niekoniecznie. Być może gdybyśmy mocniej skupili się na temacie „chaty grozy” zamiast eksplorować wątek Szóstki z Jane Street, to takie określenie byłoby bardziej adekwatne. W obecnej formie jednak nie wiem, na podstawie czego Win miałby się znajdować w takiej kategorii.

Zobacz również: Pętla – recenzja książki. Jasna strona grozy

Po zsumowaniu wszystkich za i przeciw oceniam książkę na osiem, może nawet osiem i pół na dziesięć. Pomimo wszystkich tych drobnych potknięć, które wyżej wyliczałam, Win dostarczył mi naprawdę mnóstwo frajdy podczas czytania. Intryga jest dość skomplikowana i trudna do przedwczesnego rozwiązania, zaś główny bohater – charyzmatyczny oraz charakterny. A chociaż thriller to z tej powieści żaden, to jako kryminał sprawdza się genialnie, więc jeśli ktoś szuka wciągającej poczytajki detektywistycznej na wieczór, to polecam serdecznie – nawet jeśli, tak jak ja, nie zna poprzednich cykli.


Mów mi Win

Autor: Harlan Coben
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Wydawca: Albatros
Premiera: 10 listopada 2021 r.
Oprawa: miękka
Stron: 414
Cena: 39,90 zł

Plusy

  • Poczucie humoru trafia w większości w moje gusta
  • Złożona intryga z całkiem nieprzewidywalnym zakończeniem
  • Główny bohater nie jest wybielany. Jeśli robi złe rzeczy, to się go nadmiernie nie usprawiedliwia

Ocena

8.5 / 10

Minusy

  • Brakowało mi jednego czy dwóch zdań wyjaśnienia, kim dokładnie jest Myron
  • Nagminne cliffhangery pod koniec rozdziałów. Niby budują napięcie, ale z drugiej strony co za dużo ucinania dialogu w połowie, to niezdrowo
Patrycja Grylicka

Zapalona fanka Far Cry 5 oraz książek Stephena Kinga. Zna się na wszystkim po trochu i na niczym konkretnie, ale robi, co może, żeby w końcu to zmienić i się trochę ustatkować.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze