Doktor Strange w Multiwersum Obłędu – recenzja filmu

Do kin zawitała właśnie najnowsza część wielkiej filmowej sagi spod skrzydeł Marvel Studios. Oczekiwania wobec nowego dzieła były, zgodnie z tytułem, obłędne. Jak nowy Doktor Strange wypada w rzeczywistości? Oceniam bezspojlerowo.

Doktor Strange i Wanda Maximoff to obecnie chyba dwie najbardziej doświadczone przez życie osoby w kinowym uniwersum Marvela. Pierwszy ma na swoich barkach kluczowe decyzje podczas walki z Thanosem, gdzie połowa populacji zniknęła na 5 lat. Wanda z kolei straciła miłość życia (trzykrotnie), a także dzieci, które były iluzją wywołaną przez jej żal. Dręczące pytanie „co by było gdyby” splata ich losy, kiedy w życiu Strange’a pojawia się tajemnicza America Chavez.

Myślę, że dobrym ruchem będzie omówienie kwestii fabularnych jako pierwsze. Michael Waldron pracujący przy scenariuszu do Lokiego ponownie daje popis swoich umiejętności, kreując nową historię w sposób naturalny i wciągający, jednocześnie burząc pewne schematy. Multiwersum jest czymś zupełnie nowym, czego naparstek mogliśmy doświadczyć w Spider-Man: Bez drogi do domu. Ważne więc było, aby problem z naturą alternatywnych wymiarów napisać tak, aby zarówno wierni fani jak i nowi widzowie się nie pogubili. Przyznam, że scenarzyście wychodzi to świetnie, tworząc ciekawe wątki i elementy równoległych światów. Dobrze też wyjaśnia istotę samego multiwersum i to jak możemy go doświadczać, zaszczepiając w widzach ciekawą teorię z pewną codzienną czynnością nas wszystkich.

Zobacz również: Nieznośny Ciężar Wielkiego Talentu – recenzja filmu. Orgazm dla fanów Nicolasa Cage’a

DOKTOR STRANGE
Fot. Kadr z filmu Doktor Strange w Multiwersum Obłędu

Względem multiwersum czuję jednak lekki niedosyt. Ostatecznie w filmie dostajemy go niewiele, a większość wydarzeń odbywa się na jednej alternatywnej Ziemi. Potencjał na wykorzystanie koncepcji równoległych światów był ogromny i mam wrażenie, że dostaliśmy jedynie (pozytywną) namiastkę tego, co będziemy mogli jeszcze zobaczyć. Film po prostu wydawał się zapowiadać jeszcze więcej szaleństwa. Mimo to uważam, że z ilością wymiarów musiał jednak zostać zachowany pewien balans, aby widzowie mogli nadążyć za tym co się dzieje. Twórcy zdecydowanie wywiązali się z zadania. W tym miejscu również wielkie brawa dla załogi odpowiedzialnej za efekty specjalne. CGI nie kuleje i wygląda przekonująco. Jest parę scen zapadających w pamięć, jak na przykład pierwsze spotkanie dwóch Wand, które mroziło krew w żyłach. Świetnym ujęciem jest również przedstawienie zlepków światów kiedy Strange i America skaczą przez portal. Patrząc na to, z jakim wyzwaniem musieli zmierzyć się artyści kreatywni, przyznam, że znakomicie się spisali.

Nie zdradzając nic więcej, powiem tylko, że dobre cechy scenariusza widać również w budowaniu napięcia i wybornym sposobie ukazania motywacji i determinacji bohaterów. Waldron ma talent do budowania psychicznego backgroundu i wprowadzania nowych postaci. America Chavez wypada naturalnie, wzbudza sympatię i widz ma wrażenie, że zna ją od dłuższego czasu. Ten debiut oceniam bardzo pozytywnie i czekam na więcej. Co jest chyba największą zaleta filmu, to fakt, że bohaterzy w żadnym momencie nie wydają się, nomen omen, jednowymiarowi. W produkcji zdecydowanie widać ile pracy aktorzy musieli włożyć, wcielając się w swoje alternatywne wersje. Chyba nie będzie to chybione stwierdzenie, kiedy powiem, że dosłownie dwoili się i troili, aby oddać emocje każdego swojego wariantu.

Zobacz również: The Amazing Spider-Man, tom 1-3 – recenzja komiksu. Status quo wraca jak bumerang

DOKTOR STRANGE
Fot. Kadr z filmu Doktor Strange w Multiwersum Obłędu

Elizabeth Olsen kolejny raz udowadnia, że jest świetną Szkarłatną Wiedźmą. Żałoba i gniew, który ma w sobie, wręcz rezonuje i oddziałuje na widza. Jej uczucia są zagrane realistycznie, a duchowa, mistyczna podróż rozpoczęta w WandaVision jest kontynuowana. Po raz kolejny Wanda kradnie show, pozostając jedną z najciekawszych postaci w uniwersum. Podobnie Benedict Cumberbatch ponownie pokazuje, że był dobrym wyborem na Strange’a. Jego kreacja nabiera więcej wiarygodności z każdym jego występem, tworząc postać, którą widz chciałby poznać i obcować z nią dłużej. No właśnie… dłużej. To chyba dobry moment, żeby podkreślić tym razem największą wadę filmu.

Multiwersum Obłędu mogłoby śmiało funkcjonować jako tytuł bez nazwy głównego bohatera. Mimo świetnie rozpisanych wątków postaci, a szczególnie Wandy, miejsca na rozwój Stephena jest w filmie stanowczo za mało. Jest to niemały problem, bo mimo obiecująco zaznaczonych na początku seansu problemów bohatera i pewnego rozpoczęcia drogi do jego zmiany, niewiele się z nim potem dzieje. Mam wrażenie, że Strange po wszystkich wydarzeniach, nawet z ostatniego Spider-Mana jest wciąż tym samym Strangem. Nie zmienił się on zbytnio nawet od debiutu z 2016 roku. Brakowało mi pewnego zagłębienia w jego psychikę, ukazania poważnych konsekwencji jego działań i wewnętrznego cierpienia. Genialnie to zaprezentowano choćby w wątku wariantu Stephena w animowanym What if…?

Zobacz również: Morbius – recenzja filmu. Let’s (finally) check this SH*T out

DOKTOR STRANGE
Fot. Kadr z filmu Doktor Strange w Multiwersum Obłędu

Mimo sugerowania, że bohaterowi nie jest dobrze i brak mu szczęścia, najbardziej znany czarownik uniwersum wydaje się być niewzruszony w obliczu wszystkiego, co go spotyka. Ciężko nam się z nim utożsamić, co nieco psuje ducha filmu i niweluje pewien związek emocjonalny. Skutkiem tego jest to, że mimo kibicowania protagoniście, to nie czujemy z nim wystarczającego przywiązania. To z kolei delikatnie stwarza uczucie pewnej obojętności wobec jego dalszych losów, nawet w najniebezpieczniejszych momentach. Doceniam próby, ale mimo nowej konwencji produkcji, czuję, że postaci potrzeba jeszcze większego odświeżenia, czegoś, co otrzymał Thor: Ragnarok od Taiki Waititiego.

Warto wypomnieć również pewne scenariuszowe nierówności w filmie podczas ukazywania potęgi niektórych postaci. Ich moce wydają się być dopasowane do określonych sytuacji, tak aby niektórym było łatwiej, a innym, lekko mówiąc, ciężej. Dużym minusem jest również pewna przewidywalność tego co, albo kogo zobaczymy na ekranie. Niestety studio obrało złą taktykę, zamieszczając w zwiastunach część postaci, które mają gościnne występy. Zdecydowanie zepsuło to efekt niespodzianki, ale na szczęście zostawiono nam pewną dozę radości, która zadowoli na pewno niejednego entuzjastę fanowskich teorii. Niektórzy mogą to uznać za zbędny fanserwis, choć obecność tych postaci jest bardzo rozsądnie umotywowana i korzystnie wpływa na rozwój wydarzeń.

Zobacz również: Projekt Adam – recenzja filmu

DOKTOR STRANGE
Fot. Kadr z filmu Doktor Strange w Multiwersum Obłędu

W tym momencie muszę pochwalić, na jakie fabularne rozwiązania mimo wszystko postawiono. Widać, że pojęcie multiwersum umożliwia wiele ruchów, które mogą być szokujące i odważne. Te z kolei potrafiły spotęgować strach u widza i zbudować odpowiednie napięcie i stawkę. Mówiąc o nim, mam na myśli, chociażby świetnie przemyślane sceny, które oddają hołd klasycznym slasherom. Tu brawa należą się legendarnemu już Samowi Raimiemu, który powraca do reżyserowania filmów superbohaterskich. Jego styl jest widoczny i miejscami miałem wrażenie jakbym oglądał kolejne przygody Spider-Mana z Tobeyem Maguierem, bądź Martwe Zło z Bruce’em Campbellem.

Charakterystyczne elementy twórczości reżysera wpływają korzystnie na widowisko, tworząc w gatunku coś świeżego. Wspiera go w tym Danny Elfman, twórca soundtracku do klasycznej trylogii o Pajęczaku. Kompozytor wywiązuje się ze swej pracy, tworząc ścieżkę podbijającą emocje, których widz doświadcza wzrokiem. Niestety nie tworzy on jednak żadnego nowego motywu, który zapada w pamięć, a szkoda, bo nie można odmówić mu talentu. Muzyk zdecydowanie pokazał go w scenach grozy.

Zobacz również: Wiking – recenzja filmu. Sztuka w świecie popkultury

Trzeba jednak zaznaczyć, że nowy Doktorek nie jest gatunkowo tym, co zapowiadało studio. Owszem, klimat slasherów jest obecny, a widowisko momentami przybiera nieco inną narrację, ale absolutnie nie jest to coś horroro–podobnego. To nadal jest w miarę lekka produkcja. Niestety można odnieść wrażenie, że Marvel Studios po raz kolejny zapowiadało swój projekt hasłami, z których nie do końca się potem rozlicza. Jako przykład można śmiało przytoczyć ostatnio zakończony pierwszy sezon Moon Knighta, który zapowiadany był jako mroczny i brutalny serial, a skończył się, cóż, nieźle, ale jednak daleko mu do tamtych dwóch określeń.

Zobacz również: Moon Knight – recenzja serialu. Everytime I wake up

DOKTOR STRANGE
Fot. Kadr z filmu Doktor Strange w Multiwersum Obłędu

Mój problem z Multiwersum Obłędu polega na wyciągnięciu sprawiedliwej oceny, która połączy skrajne cechy tego filmu. Z jednej strony ciekawa fabuła, która mimo niektórych znanych nam już rozwiązań, potrafi chwycić za serce i nieraz widza zadziwić. Z drugiej za mało rozwinięta postać pierwszoplanowa, o której de facto powinien być tytuł. Starając się wysnuć jakiś podsumowujący wniosek powyższej deliberacji, sądzę, że film stanowi dobry wstęp do wydarzeń o większej skali. Czegoś opartego na, chociażby komiksowych Tajnych Wojnach. Jako solowa produkcja widowisko zdecydowanie się broni, w niemal perfekcyjny sposób prezentując antagonistę, ale niestety kosztem protagonisty. Kolejna cegiełka wielkiej sagi Marvel Studios wypada satysfakcjonująco, jednak mimo wszystko nie jest to coś rewolucyjnego, co mogłoby sprostać tak ogromnej bańce oczekiwań, którą wykreowano przed premierą. Myślę, że długo poczekamy, aby wyjść z kin z podobnymi emocjami, jak przy ostatnich dwóch częściach Avengers.

Plusy

  • Wanda i zagłębienie w jej psychikę
  • Kreatywność scenarzysty
  • Ciekawe przedstawienie alternatywnej Ziemi + CGI

Ocena

8 / 10

Minusy

  • Za mało Doktora Strange'a
  • Za mało Multiwersum Obłędu

Według innych redaktorów...

Krzysztof Wdowik
12 maja 2022

Byłoby naprawdę dobre, gdyby nie było tak bezdennie głupie.

4.5
Daniel Kurbiel
16 maja 2022

Doctor Strange w ogóle mnie nie jarał jak się pojawił, w ogóle nie jarał mnie wśród Avengersów, a sam Marvel już po prostu zaczyna nudzić i męczyć wtórnością. Ale nagle pojawia się Sam Raimi i rozbija bank! Absolutne szaleństwo reżysera Martwego Zła widać tutaj na każdym kroku, a co ciekawe nawet płynnie wpasowuje się w fabułę filmu. Jest horror, jest kicz, są nawiązania do dorobku reżysera, ale i innych filmów jak na przykład Carrie. Można nawet dostrzec elementy pewnego soft gore. Jego film w zasadzie jako czwarty (po Strażnikach Galaktyki, Thor: Ragnarok i Eternals) w dorobku MCU przejawia jakikolwiek styl autorski. Efektem jest zgrzytanie zębów u fanów komiksów i wielki banan u fanów reżysera.

7.5
Paweł Treichel
27 września 2022

Problemowy, momentami b-klasowy, ale ostatecznie bardzo przyjemny. Na duży plus Elizabeth Olsen i horrorowa ręka Sama Raimiego.

7
Jakub Kwiatkowski

Grafik i ilustrator, który stara się z tego żyć. Jak to w życiu studenta, bywa różnie, więc z miłości do popkultury przekładam też swoje wrażenia na teksty.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze