All of Us Are Dead – recenzja serialu. Zombie odżyły na nowo

Koreańskie kino ostatnimi czasy zawładnęło popkulturą. Po głośnym i dobrze przyjętym Squid Game Netflix zainwestował w kolejny serial – All of Us Are Dead. Tak jak w rewelacyjnym Zombie Express grupka bohaterów zmuszona będzie walczyć o życie w świecie opanowanym przez chodzące trupy. Tym razem gra będzie toczyć się w liceum.

Zombie… Jeden z najgorętszych i najbardziej bezczelnych popkulturowych fenomenów wszech czasów. Hype na nie zaczął się w 1968 roku, kiedy to George Romero wyreżyserował legendarną Noc żywych trupów (choć zombie pojawiły się na ekranie już długie dekady wcześniej). Od ponad pięćdziesięciu lat ten zwariowany pomysł na bezmyślne chodzące zwłoki fascynuje, czasem przerażając, a takich fanatyków kinowych jak ja, za każdym razem przyprawia o szybsze bicie serca (z radości, rzecz jasna). Zdało by się, że już niewiele świeżości można wnieść w ten temat… Nic bardziej mylnego.

Zobacz również: Najlepsze filmy o zombie

All of Us Are Dead bierze stosunkowo prosty motyw grupki szkolnych dzieciaków, których podczas lekcji zastaje nagły wybuch epidemii zombie. Błyskawicznie rozprzestrzeniająca się choroba zamienia większość uczniów w wściekłe potwory, a garść ocalałych musi walczyć o życie z niegdysiejszymi przyjaciółmi. Nie brzmi przesadnie wyszukanie, prawda? Producenci jednak wjechali w tę historię na pełnej k*rwie (przepraszam za wyrażenie, nie da się tego lepiej ująć) i wycisnęli z pomysłu wszystko, co najlepsze.

Koreańska kultura jest cholernie fascynująca. Z pozoru wszystko jest tak jak u nas, w istocie jednak różnimy się od naszych azjatyckich przyjaciół pod wieloma względami. Sposobność, by ujrzeć to w pełnej krasie otwierają przed nami liczne produkcje, takie jak właśnie All of Us Are Dead. Koreańczycy są znacznie delikatniejsi i wrażliwsi w sprawach przyjaźni i miłości, a rozterki i reakcje na napotkane problemy (takie jak chociażby przyjaciele pożerający się nawzajem) różnią się od tych, jakie ujrzeć możemy w produkcjach europejskich i amerykańskich. All of Us Are Dead oferuje zatem coś znacznie więcej, niż historię o zombie – to nieco inny świat, inna perspektywa. Dzięki temu fascynuje jeszcze bardziej.

Zobacz również: Horrorstör – recenzja książki. Ikea z piekła rodem

All of Us Are Dead
All of Us Are Dead, fot. Netflix

Mamy do czynienia ze stosunkowo długim – aż dwanaście godzinnych odcinków – serialem. Ku mojemu zdziwieniu nie ma tu jednak nawet minuty nudy, a tok fabularny ciągnie się w równym rytmie, przeplatając krwawe sceny śmierci ze spokojniejszymi obrazami przyjaźni. Grupka licealistów, którą śledzimy w głównym wątku to intrygujące postacie – każda inna, o własnych uczuciach i moralności, które – choć nie zgadzają się w wielu kwestiach – dążą do tego samego celu. Pragną przeżyć. Jak jednak nie ciężko się domyślić, nie będzie to łatwe zadanie.

Zobacz również: Kingdom – recenzja 2. sezonu koreańskiego serialu o zombie!

Jak już wspomniałem, przeplatają się tu dwa główne motywy: relacje między bohaterami oraz walka z zombie. Chemia między grupką głównych bohaterów jest rozpisana genialnie. Jedni przyjaźnią się jak bracia, inni skrywają swoją miłość, jeszcze inni nienawidzą tak bardzo, że są gotowi zabić. Koreańczycy są subtelni w tych kwestiach i przedstawiają je w uczuciowy sposób, a że bohaterowie są ciekawi i nieprzeciętni, to szybko ich pokochujemy.

All of Us Are Dead
All of Us Are Dead, fot. Netflix

Momenty zaś, gdy na ekran wchodzą zombie, to z reguły epickie sceny walki lub ucieczki ze skrajnie niebezpiecznym i liczniejszym przeciwnikiem – żywe trupy nie są tu powolne i niezdarne jak w The Walking Dead, poruszają się w zastraszającym tempie i stanowią realne zagrożenie. Chwilami All of Us Are Dead przypominało mi hiperrealistyczną grę, co tylko utwierdza w przekonaniu, jak świetna to rozrywka. Zabawa może jednak szybko przemienić się w łzy, gdyż reżyser nie pierdoli się w tańcu i nie szczędzi bohaterów.

Zobacz również: The Walking Dead – recenzja 11 sezonu. Czy trupy nadal żyją?

Dobra, ale wróćmy do zombie. To przecież najważniejsze w tym wszystkim, no nie? All of Us Are Dead stanowi rewelacyjny survival, momentami ostry i brutalny – czyli taki, jaki powinien być. Choć zaczyna się typowo, to twórcy z czasem rozwijają wątek żywych trupów – okazuje się bowiem, że w skrajnych przypadkach ugryziony może nie dostąpić pełnej przemiany, co prowadzi do komplikacji. I tak powstaje pół-bie, diabelnie groźna wersja zmutowanego zombie. I choć już dotychczas serial stanowił świetną rozrywkę, to teraz wchodzimy na wyższy poziom.

Swoją drogą, jakże bardzo serial przypominał mi genialny Battle Royale Koushuna Takamiego. Japoński thriller wydany w Polsce przez wydawnictwo Vesper opowiada o grupce licealistów, która próbuje przetrwać na zamkniętej przestrzeni, gdzie każdy chce zabić każdego. Nie ma tam co prawda zombie, ale książka to rozrywka równie dobra co powyższy serial i poważnie, stanowi jego bliźniaczą duszę. Koniecznie sprawdźcie naszą recenzję:

Battle Royale – recenzja książki

All of Us Are Dead
All of Us Are Dead, fot. Netflix

All of Us Are Dead to – dziwię się, że to piszę – prawdziwy powiew świeżości w popkulturowym fenomenie zombie, udowadniający, że w tym temacie jeszcze nie wszystko zostało powiedziane. Serial rozwija się niczym odwrócona piramida, co chwila na nowo zaskakuje i fascynuje, przeraża i raduje, śmieszy i wzrusza, ale przede wszystkim bawi. Kilka różnych wątków prowadzonych w tym samym czasie z różnych perspektyw dopełnia wizerunku całości, a motywy takie jak główny antagonista pragnący śmierci jednego z bohaterów czy detektyw, który jako jedyny zna pewną tajemnicę dotyczącą wirusa uzupełniają główny wątek zamkniętych w szkole licealistów, dzięki czemu nie przynudza on i nie zapełnia całego czasu ekranowego.

Zobacz również: Love and Leashes – recenzja. Miłość od pierwszego smagnięcia biczem

W tym jakże subtelnie przeprowadzonym szaleństwie znajdzie się kilka drobnych niedociągnięć logicznych, kilka małych głupotek. Absolutnie jednak nie należy na to zwracać uwagi, by bawić się serialem traktujmy go jako rozrywkę, a nie poważne dzieło.

I ponownie lekka dygresja – jakże te Koreanki są piękne! Kolorystyczną warstwę wizualną dopełniają niczym szklisty diament na złotym diademie. Może to trochę głupie, ale przyznam się, że zakochałem się w połowie obsady, a z Ha-Ri (łuczniczką) planuję ślub, choć ona jeszcze o tym nie wie.

Zobacz również: Minari – recenzja filmu. Trudy dnia codziennego

All of Us Are Dead
All of Us Are Dead, fot. Netflix

Serial bardzo szybko znalazł się na pierwszym miejscu najchętniej oglądanych produkcji, zyskując sławę na całym świecie i stając się międzynarodowym hitem. Jako cząstka tego tłumu zapewniam, że popularność jest jak najbardziej zasłużona, co udowadniają nieprzespane noce spędzone nad serialem – tak mnie wciągnął, że nie byłem w stanie oderwać oczu, nawet jak o szóstej rano same się zamykały. A diabelnie dobre udźwiękowienie i ogólny klimat idealnie wpasowują się do oglądania w ciemnościach, dzięki czemu moje nocne eskapady na serialowe zombie przysporzyły mi niezapomnianych emocji.

Dobra, koniec gderania. Bawiłem się tak dobrze i tyle rzeczy mi się podobało, że byłbym w stanie napisać recenzję na 10 stron, ale wiem, że nikt nigdy by tego nie przeczytał (choć bez wątpienia byłaby bardzo ciekawa i zabawna). All of Us Are Dead to absolutny must watch dla każdego fana zombie, ja wieńczę ten genialny serial potężną 9 i umiejscawiam go w zaszczytnym miejscu mojego serca, tuż nad Battle Royale i The Walking Dead.

I Boże, jakże to zakończenie mnie wzruszyło… Nigdy nie pomyślałbym, że przez dwanaście godzin można się tak bardzo zżyć z bohaterami, by pokochać ich całym sercem i uronić łzę, gdy nadejdzie pora się rozstać. Będę tęsknił.

Plusy

  • Dobrze rozpisani bohaterowie i relacje między nimi
  • Świeżość w temacie zombie i pomysłowe rozwinięcia
  • Kontrast między epickimi scenami akcji a subtelniej prowadzonymi relacjami bohaterów

Ocena

9 / 10

Minusy

  • Znajdzie się kilka drobnych głupotek, można na nie jednak przymknąć oko
Karol Żołowicz

Zawsze chętny do dyskusji o popkulturze, fanatyczny bibliofil i miłośnik filmografii. Wychowany na horrorach ubiegłego wieku, obecnie rozmiłowany w literaturze fantastyki i grozy. Kocha Lovecrafta, filmy z Willemem Dafoe, ciszę oraz pączki bez nadzienia.

Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze